GRAJĄ NA WSI, ALE MARZĄ O WIELKIM POWROCIE. ZAWISZA ODRADZA SIĘ W B-KLASIE

Zawisza nie zginął. Klub, który jeszcze trzy lata temu na Stadionie Narodowym świętował zdobycie Pucharu Polski, był w stanie krytycznym, ale powoli odbudowuje się i podnosi z samego dna. Dziś Zawisza walczy o wygraną w B-klasie, ale nie może nawet rozgrywać meczów we własnym mieście. Postanowiliśmy sprawdzić, jak się gra Zawiszy w Potulicach i pojechaliśmy na derbowy mecz z Wisłą Fordon.

Po wyniszczającym konflikcie na linii Radosław Osuch – kibice i opuszczeniu klubu przez jego właściciela latem ubiegłego roku, największy bydgoski klub musi zaczynać wszystko od nowa i grać w B-klasie, najniższym stopniu rozgrywkowym w Polsce.

„Nie ma, że boli – Zawisza to klub kiboli!” brzmi jedno z najczęściej krzyczanych haseł przez ultrasów Zawiszy. Tym razem faktycznie tak jest. Władze spółki WKS Zawisza S.A. mogły wystawić drużynę w IV lidze, jednak ani ze strony Artura Czarneckiego, który nabył klub od Radosława Osucha, ani władz miasta nie było takiej woli. Jedyną drużyną do rozgrywek zgłosiło więc Stowarzyszenie Piłkarskie „Zawisza”. W ubiegłych latach był to podmiot Cywilno-Wojskowego Związku Sportowego „Zawisza”, ale po opowiedzeniu się po stronie kiboli w sporze z Osuchem, SP zostało z niego wykluczone za działalność na szkodę związku. To właśnie CWZS zarządza stadionem przy ul. Gdańskiej, na którym zespół rozgrywał swe mecze w ubiegłych latach. O grze na 20-tysięcznym obiekcie nie mogło być więc mowy, tak jak na żadnym z boisk bocznych.

Znowu trzeba jeździć na wieś

Zimą były próby, by Zawisza wrócił do Bydgoszczy, jednak wszystkie zakończyły się fiaskiem. Władze mniejszych klubów takich jak Gwiazda czy Chemik tłumaczą, że ich drużyny młodzieżowe rozgrywają mecze przez cały dzień i nie dysponują wolnymi terminami. Miasto także nie zamierza pomagać Stowarzyszeniu Piłkarskiemu. SP działa w pełnym porozumieniu z grupami kibicowskimi, przez co współpraca z władzami miasta była praktycznie niemożliwa. W kwestii kiboli ratusz pozostaje nieugięty. Wszelkie wątpliwości rozwiał prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski na lutowej konferencji prasowej:

– Tu chodzi o powrót kiboli na Gdańską, czyli o zasłanianie twarzy, race, wandalizm, narkotyki. Kilka miesięcy temu panowie złożyli mi wizytę pod domem, a na początku grudnia w okna pokoju mojej córki rzucono kamieniami – mówił Bruski prezentując wulgarne treści ze strony kibiców na Facebooku.

Zdecydowano się więc na niecodzienne rozwiązanie – drużyna reprezentująca największy klub z 350-tysięcznego miasta rozgrywa swoje mecze w oddalonej o 30 kilometrów wsi Potulice. W klubie jednak nie narzekają i starają się skupiać na grze.

– Nie ma woli ze strony miasta, by rozgrywać mecze w Bydgoszczy, w związku z tym wróciliśmy do Potulic. Tu nie ma żadnych problemów, dziś była świetna atmosfera, super doping, także oby tak dalej – mówi prezes SP Krzysztof Bess.

Wszyscy w klubie zgodnie podkreślają, że najważniejsze jest odbudowanie klubu. Obecnie drużynę tworzą ludzie, którym jego los jest bardzo bliski.
– Na pewno byśmy chcieli, by Zawisza grał w Bydgoszczy. Przyzwyczailiśmy się już do tej sytuacji, godzimy się na to co nas spotkało i nie mamy innego wyjścia. Reprezentować barwy Zawiszy możemy w każdym miejscu w Polsce czy na świecie – zapowiada trener Patryk Zarosa.

Wygrana w meczu na szczycie

Kibice odwdzięczają się solidną frekwencją i efektownymi oprawami. Do Potulic przyjeżdża zazwyczaj około 700 fanów z Bydgoszczy i okolic, jednak na derbowy mecz z Wisłą Fordon, który zainaugurował rundę wiosenną przybyło ich dwa razy więcej. Piłkarze Zawiszy na mecz wyszli niosąc klubowe flagi, które po przywitaniu się z rywalami przekazali kibicom. Fani uzbrojeni we flagi, szaliki i transparenty nie przestawali śpiewać przez cały mecz. Warto podkreślić, że żadna z przyśpiewek nie miała wulgarnego charakteru, nie było żadnego odniesienia do Osucha czy władz miasta. Odpalono natomiast niechciane przez prezydenta race, przez które mecz musiał zostać na chwilę przerwany.

Na boisku natomiast nie działo się zbyt wiele. Mecz nie był zbyt płynny, po piłkarzach obu ekip widać było stres spowodowany grą przed tak dużą jak na B-klasowe standardy publicznością. Górą była drużyna bardziej doświadczona. Pierwszego gola strzelił tuż przed przerwą Wojciech Ruczyński, Wisła ambitnie walczyła, ale musiała sobie radzić przez prawie pół godziny w dziesiątkę. Zawisza wykorzystał przewagę dopiero w doliczonym czasie gry, w którym do siatki trafiali Patryk Bereza i Tomasz Widomski.

Marka klubu oraz atmosfera na trybunach sprawia, że grać w Zawiszy chcą najlepsi gracze z najniższych grup rozgrywkowym w regionie. Do klubu wróciło także kilku graczy, którzy zaczynali przygodę z piłką w niebiesko-czarnych barwach, jeszcze gdy klub grał w IV lidze.

– Przyszedłem tu grać dla kibiców, atmosfera była super. Trzeba odbudować piłkę nożną dla Bydgoszczy. Teraz liczy się tylko awans! – powiedział po meczu Patryk Bereza, który zimą przeszedł do Zawiszy z Akademii Futbolu Broza.

Bydgoszczanie pewnie zmierzają po awans. W pierwszym meczu sezonu nie dali rady Wiśle, ale od tego czasu wygrali wszystkie spotkania. Po udanym rewanżu na ekipie z Fordonu Zawisza wyszedł na prowadzenie bydgoskiej grupy III.

Zawisza musi rozgrywać swoje mecze na boisku, gdzie kamerzyści muszą nagrywać spotkania z dachu budynku klubowego, jednak dla kibiców i piłkarzy to nie ma znaczenia. Po 2,5-letnim bojkocie ultrasi wrócili na trybuny i cieszą się każdym meczem. Jak zgodnie przyznają, jest to okazja do spotkania starych znajomych i zdarcia głosu dla ukochanego klubu. Poziom sportowy i miejsce rozgrywania meczów spada tutaj na dalszy plan.

Pojednania nie będzie

Nikt nie zamierza nikogo prosić o pieniądze, ani wyciągać ręki na zgodę. Kibice nie zamierzają nic zmieniać w swoim dopingu, a władze miasta również nie chcą iść na ustępstwa. Zawisza stał się klubem tworzonym przez kibiców dla kibiców i obecna sytuacja wydaje się wszystkich zadowalać. Bydgoszcz nie jest miastem z wielkimi piłkarskimi tradycjami, brak drużyny na centralnym szczeblu rozgrywek nie przeszkadza tam zbyt wielu ludziom. Świadczyła o tym frekwencja w trakcie bojkotu. W sezonie 2014/15 Zawisza miał najniższą średnią w ekstraklasie. Osuch próbował co prawda przyciągać zwykłych kibiców na trybuny, na mecz z Legią przyszło nawet ponad 12 tysięcy osób, ale po konflikcie ta wartość cały czas spadała. W I lidze było już z tym bardzo słabo, na mecze często nie przychodziło nawet 1000 osób.

Ultrasi mają teraz taki klub jakiego chcieli – nikt się ich nie czepia, nie grożą im kary, a piłkarze to jedni z nich, co demonstrowali po każdym strzelonym golu oraz po zakonczeniu meczu, długo śpiewając razem z fanami. Skończyły się czasy „wkładów do koszulek” jak kibole nazywali piłkarzy sprowadzonych przez Osucha. Fani sami się organizują i starają szukać funduszy. Akcja „Cegiełka na ratunek Zawiszy” przyniosła klubowi ponad 30 tysięcy złotych. Swój były klub wsparło wielu znanych piłkarzy m.in. Jacek Góralski, Maciej Dąbrowski, Wojciech Łobodziński i Adrian Błąd.

– Klub, w którym grałem nie jest mi obojętny. Obecna sytuacja to wina działaczy oraz ludzi, którzy na ich wejście do klubu się zgodzili – powiedział w rozmowie z portalem zawiszafans.net Dąbrowski, który obecnie gra w Legii Warszawa.

Przed Zawiszą jeszcze długa droga. Powrót do ekstraklasy wydaje się być celem bardzo odległym, jednak wiele wskazuje na to, że tym razem nie będzie drogi na skróty. Doświadczenia z ostatniego konfliktu, ale też z nieudanej fuzji z Hydrobudową Włocławek, zakończonej skandalem korupcyjnym, pozwalają sądzić, że miasto nie prędko zdecyduje się ponownie zainwestować w klub piłkarski. Wiedząc w jakiej atmosferze miasto opuszczał Radosław Osuch, prywatny inwestor także kilkukrotnie się zastanowi, zanim postanowi sponsorować Zawiszę.

Ludziom, którzy obecnie tworzą SP Zawisza to jednak kompletnie nie przeszkadza. Obecnie to klub kiboli, co odpowiada wszystkim wokół, włącznie z mieszkańcami Potulic, którzy cieszą się, że coś się w ich wsi dzieje. „Against modern football” w pełnej krasie.

Przegląd Sportowy

ZAWISZAFANS